środa, 16 marca 2011
Dwie strony rzeki i medalu
Spokój stoika, przy spokoju tbiliskich kamieniczek jest niczym. Waliły się one 500 lat temu, waliły 300 lat temu, walą się dziś i z pewnością będą walić jutro. Byłby w tym ich urok, bo zwalić się pewnie nigdy nie zwalą, gdyby w ich towarzystwie nie powstało pięknie położone, lecz ohydne w formie zwaliste cudo zwane mostem. Zgodnie z ogólnie przyjętą definicją (jeśli się mylę niech na mnie legną gruzy pięknych kamieniczek) most powinien łączyć dwa brzegi, lecz nie w magicznym Tbilisi. Tu most zaczynający się po przepięknej stronie rzeki wśród domów pamiętających dynastię Jagiellonów a prowadzi do ... w sumie do donikąd ... Został on zapewne zbudowany tylko po to, by oszpecić olśniewającą panoramę miasta. No dobrze, nie tylko po to, gdyż można z niego podziwiać, lecz już nie fotografować ohydny pałac prezydencki, no i może kiedyś się coś zbuduje po drugiej stronie mostu.
Wracając do formy owego czegoś to wygląda to na przepraszam za wyrażenie "szklane gówno". Efekt pracy architekta/artysty tak zadufanego we własną wielkość, że (znów przepraszam, choć Kraków zna takich artystów) postanowił srać diamentami. Tbilisi jeszcze na całość nie stać więc diamenty tymczasowo zastąpiono szkłem, zresztą proces "artystycznego" tworzenia trochę czasu wymaga, a Tbilisi czekać nie może.
Cytat na dziś : "where the hell the top or bottom in this good god damn ying yang?"
wtorek, 15 marca 2011
Problemy z czasoprzestrzenią
Fizycy to idioci, jeden tylko Einstein zdawało się, zbliżał się do prawdy. Aby zakrzywić czasoprzestrzeń nie potrzeba wcale wiele, według ostatnio dokonanych pomiarów wystarczy jeden gruzin i pewna nieustalona objętościowo dawka czaczy.
Epicentrum owego zakrzywienia wydaje się znajdować gdzieś w Tbilisi, mieście w ktrórym jeden na sto domów posiada adres, domy stojące przy jednej ulicy mają adres zupełnie innej. Co więcej są zgromadzenia budynków, czasem całkiem odległych posiadające jeden wspólny adres. Metro posiada wiele przystanków lecz dwa najbardziej typowe to: Przystanek Plac Wolności znajdujący się fizycznie na ulicy Rustaweli, i przystanek Rustaweli który już na Rustaweli nie jest (nie ma też placu czy zaułka Rustaweli do którego nazwa mogłaby nawiązywać). Dwupasmowa dwukierunkowa droga potrafi się nagle zrobic jednokierunkową na odcinku 200 metrów, by potem powrócić do bycia dwukierunkową - nie jest to spowodowane jak to się czasem zdarza robotami ulicznymi - ot porprostu zakrzywienie przestrzeni.
Co do czasu - Autobusy nie posiadają rozkładu jazdy, istnieją równolegle z formalnymi - umowne przystanki które bywają 15 metrów od formalnego - te przystanki bywają respektowane lub nie przez kierowcę. W sumie są traktowane jak każde inne przystanki i wszystko zależy od fantazji kierowcy. Trasy autobusów są tak fantazyjne i widoczne z kosmosu tworzą litery starogruzinskiego alfabetu, trwają prace nad połączeniem w całość tych odkrytych sentencji, próba czytania wg numerów autobusów okazała się być błędnym tropem. Awarie wind i metra potrafią nagiąć czas zauważalnie dla zwykłego obserwatora, nie trzeba żadnego sprzętu by to zjawisko zaobserwować. Obecnie pracuję nad znalezieniem klucza lub systemu występowania przeciwnych kierunków owych zagięć. Tylko początkowo, zupełnie nie znająć natury tych zjawisk błędnie założyłem, że zagięcia występują tylko "niejako do przodu"
Ceny są umowne, adresy umowne, odjazdy autobusów umowne, ba nawet numery autobusów umowne, w życiu człowieka zaczyna brakować stałych i w końcu życie staje się umowne. Łatwo wtedy zatracić się i sięgnąć po obrzydliwy i ze wszechmiar niepolecany napitek jakim jest czacza. Lecz właśnie to jest klucz do zrozumienia natury owych zakrzywień. Zgodnie z lokalną legendą czacza zabija. Lecz daje dwa dodatkowe życia z każdym jej spożyciem. Tu legenda się kończy lecz ja wierny przyrzeczeniu, złożonemu kiedyś memu ojcu (Pozdrawiam!) idę dalej tropem nauki wszak ona jest najważniejsza i odkrywam co następuje: Dzięki tym dwum dodatkowym życiom niektórzy gruzini zbliżają się do nieśmiertelności, najstarsi ludzie na ziemi mieszkają w gruzji. Obecnie badam czy nie jest to skutek uboczny zakrzywienia czasoprzestrzeni.
Cytat na dziś : " Guess whos back? Back again!"
sobota, 04 września 2010
...
Czas zakonczyc te niesamowita karuzele, ten niewiarygodny czas jaki dane mi bylo spedzic w Swanetii, w Gruzji. Nigdy tego nie zapomne. Dzieki, to było niesamowite, naprawde, eh dalej nie wierze ze to juz koniec
Cytatu dzis nie bedzie
wtorek, 20 lipca 2010
Cisza, spokoj, gory ...
W Mestii jak zawsze niespokojnie, w dzien wokol hotelu na glownym placu zupelnie niespodziwanie pojawili sie uzbrojeni, niektorzy umundurowani w wiekszosci zamaskowani mezczyzni. Otoczyli hotel a w srodku nastapilo "aresztowanie" kilku osob, kiedy nastapila proba wywiezienia aresztantow, swanowie zablokowali droge i kamieniami probowali odbic wiezniow. Wezwane zostaly posilki, lotnictwo przywiazlo wiecej chlopcow z bronia, i zaczelo byc slychac strzaly, prawdopodobnie gumowe kule, dopiero wtedy tlum ustapil i wycofal sie. Grozbom nie bylo konca, lamentowaniu, wygrazaniu wladzom, ktore odsprzedaja inwestorom ziemie, ktora choc niezarejestrowana jest uzywana przez swanow od setek lat. Malo kto ma na to papiery, ale kazdy wie ktore pole, czy sad do kogo nalezy. Teraz podobno nie mozna zarejestrowac juz swojej ziemi, a "rzad" odsprzedaje uzywana przez swanow ziemie. Zatrzymano tych ludzi pod zarzutem korupcji, zastosowano wobec nich bardzo zgrabna prowokacje, "nowy" wlasciciel udawal ze chce odkupic prawo do ziemi i dac troche waluty "rodzimej wlascicielce", ta odmowila, ale z prowokatorami spotkal sie jej brat i on kase podobno chcial wziac, wtedy brutalnie ich zatrzymano (lacznie z wlascicielka ktora odmowila). Ludzie tutaj obawiaja sie ze cala ich ziemia zostanie sprzedana, i powoli sie wymieni mieszkancow na nowych, bo ci sa dosc "niesforni". A ci reaguja tak jak umieja, tak jak zawsze reagowali, tak jak tego gory wymagaly.
Cytat na dzis: "Mamy butelki z benzyna i kamienie, wymierzone w ciebie ..."
wtorek, 06 lipca 2010
Wyprawa zlodzieja do Mazeri
Sobotnio-niedzielna wycieczka udala sie nad wyraz, nie tylko pogoda dopisala, nie tylko humory, nie tylko widoki, poprostu bylo dosko, mimo ze zostalem obwolany zlodziejem ... turystow. Wlascicielka najstarszego miejsca noclegowego w Mestii przywitala mnie ostatnio krzykiem ze jestem zlodziejem! Ze niszcze jej biznes, proba tlumaczenia sie spalila na panewce i poprostu stalem i sie durnowato sie usmiechalem, bo naprawde bardzo mialem ochote wybuchnac smiechem. Ow nocleg znajduje sie w wiekszosci przewodnikow i gospodarze maja umowe z kierowcami marszrutek ze ci zatrzymuja sie przed ich domem i "proponuja" nocleg. Teraz sytuacja sie zmienila, wiele osob wie lub dowiaduje sie ze ja jestem w Mestii i kontaktuja sie ze mna a nie z owa pania, co doprowadza ja do szalu. Teraz prawie codziennie przyjezdzaja turysci i gdy na pytanie czy nie potrzeba im noclegu odpowiadaja ze "Misza..." pani dostaje wylewu. Z drugiej strony tego medalu przychodza do mnie ludzie mowiac: "Mamy wolne pokoje i tanio wynajmiemy turystom, jestesmy biedni i kazdy grosz sie liczy, wiec prosimy cie ...". Wiec do calego konfliktu podchodze z bardzo duzym dystansem, choc pani z noclegowni dzwoni klasycznie wszedzie do mojej organizacji, do Tbilisi, do mojej rodziny w Mestii. Natomiast widok jej twarzy gdy wpadla do biura i uslyszala ze tak w moich obowiazkach jest rozwijanie turystycznie regionu byl bezcenny. Prawie tak dobry jak wspomniana wycieczka, mimo ze zgubilismy szlak wielokrotnie ekipa okazala sie zgrana i wspierana przez psa (z Mestii, przeszedl z nami cala droge). Na sniegu pies, mr. Yellow byl zdecydowanie najszybszy, ale jako jedyny nie byl porazony majestatem Uszby, ewidentnie juz do nie takich widokow przywykl. A bylo na co popatrzec! Blizej Uszby dojsc na tej wysokosci raczej niesposob, bo blizej jest juz tylko Ona sama, nic od Niej nie oddziela..Jedynym problemem w Mazeri bylo zaopatrzenie jedynego sklepu, do ktorego nas nie wpuszczono, tylko padlo pytanie co nam potrzeba, bez zapaszania nas do srodka. Z jedzenia nie mieli nic, na pytanie jakie chcemy papierosy odpowiedz byla "Z filterm czy bez?". Nie musze nadmieniac ze wzielismy z filtrem... Z alkoholi sklep zaopatrzony byl tylko w domowej roboty koniak w butelkach litrowych w bardzo dobrej cenie. Smakowo rowniez bardzo dobry, naprawde!
Cytat na dzis " Go and tell your friends that this is the end"
poniedziałek, 05 lipca 2010
Garsc zasad
Gosc w swanskim domu nie bardzo ma prawo przejsc dalej niz do kuchni, wszystkie domy sa zaplanowane tak, ze wchodzi sie do nich wlasnie przez kuchnie. Wlasciwie nie zaprasza sie, nie wpuszcza nikogo dalej, zycie toczy sie w kuchni, gdzie czesto stoi telewizor. Brak czegos na ksztalt salonu, cale zycie rodzinne, wieczory ze znajomymi tym pierwszym pomieszczeniu. Nawet gdy ktos jest przyjacielem, rzadko oglada pokoje gospodarzy do ktorych moze wpadac nawet kilka razy w tygodniu. Latwo po pewnym czasie tez zauwazyc hierarchie w domu, kto jest najwazniejszy to oczywiste - najstarszy mezczyzna, "glowa rodziny" to on wyluszcza swoje poglady najglosniej i wlasciwie nikt mu sie nie opiera. Kolejny jest "pretendent", czest najmlodszy syn "szefa", poniewaz to wlasnie najmlodsza ratorosl plci meskiej zostaje z rodzicami. Kto jest najnizej mozna zauwazyc kiedy dzwoni w domu telefon i kto dostaje bure za brak szybkiej reakcji na ten fakt. Takim osobnikiem, juz waznym i dumnym bo odpowiedzialnym za pewne sprawy (jak telefon) jest kilkuletni podrostek, przebywajacy akurat w domu. Czesto bywa to starsza o rok, dwa od wnuka - wnuczka. W takim wypadku czesto to on jest odpowiedzialny za to by ona odbierala telefon odpowiednio szybko.
Cytat na dzis "That's the way we like it"
środa, 30 czerwca 2010
Latajaca marszrutka
Zadanie wykonane, choc prosto nie bylo, udalo mi sie skorzystac ze Swanskich linii lotniczych. Wiekszosc legend ktore slyszalem o tym niemalze mitycznym samolocie okazala sie byc prawda, tak jest za darmo, tak jest wiecej pasazerow niz siedzen, tak nie trzeba sie zapinac pasami, tak moze sie zdarzyc siedziec na worach ziemniakow. W kilku miejscach lot przerosl moje oczekiwania, a dokladniej sam fakt mozliwosci palenia papierosow w srodku samolotu, w czasie lotu, jak i brak potrzeby siedzenia nie tylko w czasie lotu, ale i startu, czy ladowania. Skorzystalem z tych mozliwosci, bo kiedy znow bede mogl podczas ladowania samolotem stac? Z wieloma zasadami panujacymi na pokladzie Swanskich linni lotniczych sie zgadzam, gdybysmy spadali to i tak zapiete pasy bezpieczenstwa przydadza nam sie co najwyzej jako pila do ciala rozrywajaca je na dwie dosc rowne polowki, wiec nie dokonca widze potrzebe ich instalowania w tego typu samolocie. Bawilem sie przednio poniewaz samolotem w czasie lotu bujaly gorskie wiatry a ja moglem stac kolo okna i podziwiac widoki. Jako ze "kukuruznik" nie ma hermetycznie zamykanego niczego za wysoko sie nim wzleciec sie nie da, co jest jeszcze lepsze bo przelatuje sie tuz nad przeleczami, nad gorami, widac wszystko jak na dloni, duzo lepiej niz z normalnej "przelotowej" wysokosci. Cala wladza nad samolotem, nad pasazerami jet w rekach pilotow, brak jakichkolwiek "pomagaczy" powoduje ze lot taki jest zupelnie innyc od tych klasycznych rejsowych, kiedy do tego dojda naprawde wysokie gory, rocznik samolotu i kilka innch zmiennych otrzymuje sie naprawde ciekawa zabawe.
Cytat na dzis: "She's fast, she's lean She's frightening"
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Leniwa niedziela w sloncu
Plan na niedziele byl prosty, wziasc karimatke, podejsc pod las i sie opalac. Oczywiscie nic z tego nie wyszlo gdyz zima juz sie w samej Mestii skonczyla i pojawilo sie latajace diabelstwo, czyli muchy. Po polgodzinie wywijania podkoszulkiem nad glowa stwierdzielm ze tak sie nie da i ruszylem "troszke wyzej". Jak juz ruszylem, mimo kijowych butow i brakiem czegokolwiek do ubrania poza postrachem much - podkoszulkiem to jakos nie mialem sie ochoty zatrzymac. Dopiero gdy zalamanie pogody bylo pewne a ja bylem 1500 metrow wyzej niz Mestia stwierdzilem ze starczy i obfotografowalem okolice. Gdy uznalem ze juz wszystko jest obfotografowane i nacieszylem sie sniegiem ruszylem do wyscigu z nadchodzaca burza. Przebywanie na grani w czasie burzy wydaje sie byc dosc nierozsadne wiec praktycznie bieglem w dol, pierwszy atak gradu przeczekalem w zalomie skalnym, ktory juz daleka przyciagal moja uwage. Pozniej gory juz tylko grozily mi palcem i wlasciwie tylko mruczaly z poblazaniem na moja mala niespodziewana wycieczke. Wiec wrocilem tylko lekko przemoczony i uwalony w blocie.
Cytat na dzis: "Speak the rhythm all alone"
PS Dalej nie ma asfaltu na glownych drogach w Mestii, pojawily sie za to ciekawe "wykopy" na drogach i przez ponad 2 dni nie bylo pradu
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Krzaki
Coraz wiecej turystow, plecakow, rowerow w Mestii, sezon na calego. Niektorzy na rowerze az z Wegier dotarli, natomiast przy zdobywaniu ze mna szczytu Zuruldi pokonaly ich ... krzaki. Przez 2 godziny czekalem na nich na szczycie ale poddali sie, gdyz zgubilismy szlak a ja ruszylem poprostu do gory celem znalezienia latwiejszej drogi. Po odbyciu kilku rozmow przez telefon ekipa poddala sie i stwierdzila ze na dzis starczy. I tak zobaczyli Uszbe w calej krasie i juz nieznalezli na owe krzaki sily, brakowalo im z 200 metrow do szczytu. Pelne zdziwienie z mojej strony, przeciez dotarcie tu na rowerze wymaga troche samozaparcia, ale niektorym widocznie jego zasoby juz sie wyczerpuja.
Cytat na dzis: "But how we survive, is what makes who we are"
czwartek, 10 czerwca 2010
O 2ch takich co chcieli leciec samolotem
Zycie w Swanetii jest monotonne, bywa tez nudne, rownoczesnie jest calkowicie nieprzewidywalne, i do tego sie trzeba przyzwyczaic. Trzeba umiec dostosowac swoje plany do sytuacji, calkiem je zmodyfikowac, a czasem dac sie poniesc zyciu, a czasem stanac w poprzek. Plan z samolotem niewypalil, ok nie ma sprawy, dwukrotnie juz bylem na pokladzie, dwukrotnie mnie tez z niego wyrzucono. Ilosc wyrzucen rowna ilosci wejsc na poklad powoduje niemozliwosc opuszczenia Mestii samolotem, a nastepna marszrutka dopiero nastepnego dnia. Dzieki temu poznalem gubernatora okregu, ktory rowniez znalazl sie w gronie wyrzuconych, tych ktorzy nie byli na "liscie" i tak wzieto nadbagarz w postaci chorego chlopca i jego taty. Tenze gubernator tylko mruknal "chuj" i stwierdzi ze w takim razie moge jechac z nim limuzyna po ktora zaraz przedzwonil. Takich okazji przepuscic nie sposob. Jako ze wazna ze mnie persona wyslano mnie najpierw w celach turystycznych do Mulahi, wsi obok, bo jest ladna pogoda a mamy troche czasu. Dalem sie wsadzic w samochod i powozic samochodem z klima po okolicy. Zawsze to lepsze niz siedziec palic szlugi przez 3 godziny czekajac na limo i gadac o bzdurach no nie?
Samolotu nie odpuscilem musze miec tylko lepsze miejsce na liscie.
Cytat na dzis : "Today I asked for a god to pour some wine in my eyes Today I asked for someone to shake some salt on my life"
|
|